Sztuka domowa/ Indoor Art - cała prawda o planecie X

Sebastian Cichocki

"Rozmowy się nie kleiły, a wymiana listów ustała niemal całkowicie. (Nie z winy poczty, która trwała nadal). Ludzie rozmawiali o komunikowaniu się, być może dlatego, że dawno już nie mieli o sobie żadnej wiadomości. Rozkwitała sztuka."

Jabłońska i Jabłońska. Ela i Małgosia. Dwie osoby o identycznych nazwiskach. Dwie kobiety. Dwie artystki. Dla obu z nich najciekawszą na świecie krainą artystycznych odkryć jest dom. Dom rzeczywisty i dom wymyślony. Zwielokrotniony układ czterech ścian, który wyznacza granice ogrodu tajemnic. Tajemnic prozaicznych i tych schowanych najgłębiej. Wszystkie one składają się na nieprzeniknioną dżunglę znaczeń.
Dlatego ważne jest gotowanie. W kuchni dzieją się rzeczy wspaniałe: obieranie warzyw, odliczanie kalorii, gotowanie ryżu i makaronu, łuskanie orzechów, porcjowanie ziół, wąchanie, siorbanie (ileż to określeń na czynność wchłaniania pożywienia do układu pokarmowego znalazła kiedyś Ela?) i ukradkowe podjadanie z wielkich garnków. Małgosia jest jedyną na świecie osobą, która potrafi przyrządzić wyborne naleśniki z zer i jedynek. Naprawdę.
Dlatego ważne jest macierzyństwo. Z całym rozgardiaszem, niewyspaniem i najgłupszymi pytaniami (Ile lat ma najmłodszy artysta świata?, Kto rządzi kosmosem?, Dlaczego czarny kolor jest smutny?) Ela ma gotową odpowiedź, streściła swoją sztukę do jednego zdania: "Jeśli masz rodzinę, taką z mamą, tatą i dzieckiem, to będziesz wiedział o co chodzi".
Dlatego ważne są sprzęty i zwierzęta domowe. Bywają oswojone, bywają też groźne. Nie tylko zwierzęta, sprzęty też. Stary piecyk gazowy warczy i pomrukuje, z rur dobiegają tajemnicze chrobotania a komputer zawiesza się bez wyraźnej przyczyny -może po to by okazać swoją złośliwą drugą twarz. W przypadku Małgosi sprawy wyglądają nawet o wiele poważniej - w jej komiksach nawet pralka automatyczna ma swój głos w sprawie multiplikacji i mutującego genotypu.
Dlatego też nie wolno o zapominać o magicznej roli gier towarzyskich. Kiedyś ludzie w ten sposób spędzali wolny czas. Układali pasjanse, ślęczeli nad szachownicą, marszczyli brwi próbując ułożyć dwunaste piętro zamku z kart. Teraz zahipnotyzowani wpatrują się w migocący ekran. Ela narzeka: "Uchodzi ze mnie życie bo nie oglądam telewizji". Na komiksach Małgosi odbiornik telewizyjny wydaje z siebie dźwięki w niezrozumiałym narzeczu.

"Być może w końcu nie ma żadnego przesłania. W takim razie wolni jesteśmy od obowiązku odpowiedzi. Jak powiedziała ta dama, "No cóż, jeśli to nie jest sztuka, to mi się podoba."

To sztuka przy zamkniętych drzwiach. To, że w ogóle wolno nam ją oglądać to wielka dobroduszność ze strony Eli i Małgosi. To, że wiemy ile metrów kwadratowych ma mieszkanie Eli i jak wygląda jej syn. To, że znamy przygody dawno nie żyjącego jamnika Małgosi i wiemy czy lubi chodzić do palmiarni. To jest łaskawość a nie ekshibicjonizm. Mieliśmy już sztukę biedną, sztukę krytyczną, sztukę ciała, sztukę konceptualną, sztukę dla sztuki, anty-sztukę. A teraz mamy sztukę domową. Indoor art. Sztukę, nie-sztukę. Czasem przewrotną, czasem złośliwą ale zawsze czułą i delikatną. Pielęgnowanie, hodowlę subtelnych pomysłów, klonowanie małych zdarzeń. Potrzeba na nią cierpliwości i spokoju. Czasem heroizmu. Dlatego Ela przyjmuje pozę super-matki, stawiającej czoła demonom "sprzątania, zmywania, gotowania" a Małgosia w swoich komiksowych historiach zawiera tyle pułapek, ze stają się one łamigłówkami dla wykształconych erudytów-moralistów.
Śledzimy rozwój Antka - kiedyś ciągle spał (cykl "Kiedy Antek śpi") teraz dumnie patrzy w przyszłość, przybierając pozę ze starej rosyjskiej ikony, usadowiwszy się wygodnie na kolanach mamy-herosa.

"Nie potrzeba żadnych idei. Korzystniej jest nie mieć żadnych idei, a już z pewnością - kilku (kończy się na bezczynności). Czy Gloria V. to temat czy idea? W takim razie powiedz nam: Ile razy wychodziła za mąż i co robić, kiedy się z tobą rozwodzi."

Kiedyś artyści wyruszali na wyprawy do egzotycznych krain, uczestniczyli w krwawych bitwach, katowali ciało. Gina Pane wciskała padlinożerne robaki pod swoje powieki, Herman Nitsch szlachtował połacie mięsa i rozbryzgiwał krew po ścianie a Zbigniew Warpechowski przybijał swoją dłoń do deski wielkim, stalowym gwoździem. Teraz wszystko się wycisza, uspokaja, uzewnętrznia. Za sprawą kobiet. Bo to one przejmują ster. Dalej podejmują wyprawy, uczestniczą w bitwach. Nie muszą już jednak pokonywać tysięcy kilometrów. Oto kilka tropów-wątków:
Maria Pinińska-Bereś z pewną miną i w różowym fartuchu odprawiająca "działania na przyrządach kuchennych".
Faye Heller robiąca fotografująca cebulę i kubki do herbaty, tak jakby stanowiły one zagrożenie dla losów Wszechświata.
Julita Wójcik obierająca ze swadą ziemniaki i aranżująca przydomowy ogródek.
Wiebke Morgan śpiewająca arie operowe dla nudzących się zwierząt w ogrodzie zoologicznym.
Julia Moore, bawiąca się ze swoim mechanicznym kotem.
Grupa Foreign Investment zrzeszająca najlepsze gospodynie domowe wśród artystek i najlepsze artystki wśród gospodyń domowych.
Elżbieta Jabłońska karmiąca swoich gości i licząca z uwagą kalorie.
Małgorzata Jabłońska opowiadająca o zwykłej grypie jak o podróży poza Układ Słoneczny.
Ich historie rozgrywają się pod kuchennym stołem, w szafie, za łóżkiem, w kuchni. Czytają książki, rozmawiają, wąchają, opiekują się nami mężczyznami - przestraszonymi całym tym ogólnoświatowym rozgardiaszem. Kobiety są przecież silniejsze, widzą rzeczy inaczej, potrafią słuchać pytań dzieci, próśb zwierząt i roślin. Ich świat jest mikroświatem, historie, które chcą nam opowiedzieć to mikro-słuchowiska, mikro-sagi, mikro-bajki na dobranoc. Tumult sztuki krytycznej (mówimy tu o ewolucji a nie o nagłym wymieraniu gatunków) powoli się oddala. Zagubieni epigoni przeglądają się w lustrach i widzą, że nastąpiła zmiana warty. Inni silniejsi, lepiej przystosowani - nie zamykają się w kuchni, ruszają na podbój świata wzmocnieni delikatnością innych. Dlatego tez sztuka domowa musi wyglądać przez okno. Choćby od czasu do czasu. Trzeba zobaczyć jaki sztandar powiewa nad dachami i czyją głowę niesie w zębach zabłąkany neandertalczyk. To jest restartowanie komputera, który trawi dane i rozbryzguje krew na 21-calowym ekranie. Nie chodzi o banalizację sztuki, choć tego nie unikniemy. Chodzi o spowolnienie. O zaniechanie desperackiego dążenia do czegoś co Milan Kundera nazywał "dotknięciem Wzniosłej Aktualności Historycznej" na rzecz wspólnego nam wszystkim codziennego wzruszenia i zamyślenia.

"Alleluja! Ślepy znów widzi."

"Odbywało się przyjęcie noworoczne poza miastem i jeden z gości napisał książkę filozoficzną i szukała obrazu, który zilustrowałaby jakąś jego tezę, ale miał z tym trudności. Jakaś kobieta robiła na drutach, według wskazówek z książki do której zaglądała. Pozostali rozmawiali, próbowali w czymś pomóc. Ktoś zasugerował, że może obrazek w książce o robieniu na drutach zilustruje tę tezę. Przy bliższym zbadaniu odkryto, że wszystko, co znajdowało się na tej stronie, miało znacznie, łącznie z numerem strony."

Mimo, że w tytule wystawy jest słowo "kontra" i myślimy o meczu, jakiejś rozgrywce, tak naprawdę jest to spisek dwóch artystek przeciwko wszystkim tym, którzy konsumują sztukę zbyt pośpiesznie. Wypowiedzmy wreszcie też słowo "feminizm". Feminizm rozważny, chytry, wpuszczany tylnymi drzwiami (tak, tak - sztuka domowa ma też tylne wejścia). Feminizm za który mężczyźni powinni być wdzięczni, będzie ich bowiem przeistaczał, odnawiał, no i chyba wzmacniał. Czyli prowadził z powrotem do punktu wyjścia.
Ela i Małgosia nie są ze sobą wbrew pozorom spokrewnione, nigdy tez wcześniej nie spotkały się osobiście, ale wydają się opowiadać jedną opowieść. Dotyczy ona rzeczy najważniejszych. Życia, przyjemności, relacji między kobietami, mężczyznami i dziećmi. Cierpliwy widz zrozumie i stanie się przez to lepszy - innego wyjścia tak naprawdę nie ma. Wszyscy bowiem pochodzimy z tej samej planety X. Kiedy uwolnimy w końcu te całe pokłady energii ukryte w prozaicznych czynnościach (pomyślmy o nagrzanych czajnikach, buchających parą garnkach, uściskach miłosnych i namiętnych wyznaniach wyszeptanych prosto w ucho) to wyniknie z tego nowy Bing-Bang. Kosmos rozpadnie się na część - to pewne.
Usłyszymy i zobaczymy prawdziwe cuda. Nawoływania godowe płetwali błękitnych. Ocieranie nosów walczących ze sobą narwali, które dawni marynarze brali za mityczne jednorożce (a więc jednak podróżujemy!). Wielki tumult, który oddzielił afrykańskie jeziora Malawi, Tanganiki i Wiktorii oraz skrzypienie wielkich płyt tektonicznych, co sprawią, że Indie będą (a może były?) wielką, udekorowaną kwiatami i posypana curry wyspą. Będzie straszny rwetes, bo do tego dojdzie świst jaki wydają przenikające kosmos neutrina, szum układów słonecznych wciąganych przez czarne dziury, skwierczenie wielkich karłów i pobrzdąkiwanie superstrun.
A wszystko to nie wychodząc spod stołu na którym stoi filiżanka wystygłej herbaty z pląsającym w niej, obżartym czerwonymi muchomorami morświnem.
Słowo honoru.

Sebastian Cichocki, październik 2002

Ps. Wszystkie cytaty pochodzą z eseju Johna Cage'a - "O Robercie Rauschenbergu, artyście i jego dziele" (według tłumaczenia Jerzego Jarniewicza, "Literatura na świecie", nr 1-2, 1996), w którym ten amerykański wizjoner przemycił całą prawdę o roli niczego, nudy i banału w sztuce współczesnej.