processing...
  

Znikając (kopia)

Emilia Orzechowska / Elżbieta Jabłońska Gdańsk/Kozielec

Dlaczego „Znikając” skoro można „zniknąć”?

Ważę słowa. Szukam i wybieram troskliwie, by użyć tych, które są odpowiednie, tych, które najlepiej określają to, co chcę wyrazić. Piszę i skreślam, nie osiągając satysfakcji, choć wiem, że są wyjątkowym narzędziem w każdym rodzaju komunikacji, na każdym jej poziomie.

Dają nam przecież nieograniczone możliwości istnienia w przestrzeni publicznej.
Znaczenie publikowanej wypowiedzi jest/może być ogromne, a odpowiednio zbudowany przekaz może w znacznym stopniu wpłynąć na osoby, do których trafia. Przekonujemy się o tym na każdym kroku, dlatego tak istotna jest precyzja, szacunek do języka, którym się posługujemy,

a przede wszystkim werbalna powściągliwość, której jestem wielką zwolenniczką.
Szukając odpowiedzi na to podstawowe pytanie, dlaczego znikając, a nie zniknąć, trzeba przede wszystkim sięgnąć do gramatyki języka polskiego.

Zniknąć jest czasownikiem w bezokoliczniku, określającym czynność, która wydarzy się w czasie przyszłym, natomiast znikając to imiesłów przysłówkowy współczesny, czyli cytując za Wikipedią: bezosobowa forma czasownika wyrażająca czynność trwającą równocześnie z inną czynnością.

To chyba najlepsza i najbardziej precyzyjna odpowiedź na twoje pytanie i na moje, wciąż pojawiające się wątpliwości. Określenie znikając umożliwia interpretację nakierowaną na czynność, która nie dość, że jest niedomknięta w czasie, dodatkowo nie wyklucza wszystkich innych czynności, które wydarzają się równolegle, a wręcz na nie wskazuje. Jest to niezwykle porządkujące, a zarazem otwierające, ponieważ potwierdza fakt, że jesteśmy w nieustającym procesie, a nasza aktywność nie jest i nie może być jednokierunkowa.

W takim razie jakie czynności czy procesy wydarzają się równolegle z twoim „Znikając”?

Decydując się na użycie słowa znikając, brałam pod uwagę szereg czynników, które determinują nasze decyzje dotyczące istotnych zmian, zwrotów akcji.
W moim przypadku było ich kilka, ale najistotniejsza to rezygnacja z miasta, przeniesienie aktywności na wieś,

a tym samym znalezienie zupełnie innej, mam wrażenie szerszej, choć peryferyjnej, perspektywy. Świat wygląda zdecydowanie inaczej z oddalenia. Mam tu na myśli zarówno przestrzeń/miejsce, jak również wszystko, co może wynikać z tego naturalnego zdystansowania.

Mieszkając poza miastem, wchodzisz w inny rytm funkcjonowania, masz zupełnie inne, nowe obowiązki, priorytety. Twoja aktywność znacznie się rozszerza. Musisz sprostać odmiennym wymaganiom, rozpoznać nową przestrzeń, znaleźć sposób na nią i na siebie samą w tych często zaskakujących okolicznościach. Zakres twoich obowiązków, zmieniających się niekiedy w fascynacje, pęcznieje nieprawdopodobnie.

Kiedy jest zimno, musisz rozpalić ogień w piecu, żeby funkcjonować. Przynosisz w koszu drewno, przekładasz do paleniska, układając zgrabny stosik z kilkoma mniejszymi

elementami na wierzchu, dalej dorzucasz zmiętą gazetę, zapalasz zapałkę i wszystko zaczyna działać. W ciągu tych
10 minut dotykasz zupełnie innych materii, faktur, które są zamknięte w kawałkach drewna. Ogień, który tli się w domu, wciąż cię absorbuje, wymaga szczególnej atencji. Trzeba go nieustannie doglądać, podtrzymywać, w innym wypadku szybko wygasa, a twoja praca zaczyna się od początku. Wiosną, kiedy robi się cieplej, korzystając z długiego

dnia, spędzasz większość czasu na zewnątrz. Sprawdzasz stan roślin po zimowych przymrozkach, tniesz stare
pędy, nawozisz, kopiesz, spulchniasz, siejesz, podlewasz, odkrywasz blade kiełkujące rośliny. Latem wciąż zajmujesz się ogrodem, roślinami i tym, co wzeszło wiosną.

A jesienią? Jesienią czyścisz buty z błota, rozsypujesz popiół, żeby użyźnić kolejny kawałek ziemi pod uprawy, zbierasz gruszki, śliwki, orzechy i pieczołowicie układasz warstwy porąbanego na zimę drewna. Ta powtarzająca
się niemal rytualnie sytuacja, choć istotna, jest zaledwie zapleczem dla tego, co najważniejsze. Cały ten trud jest po to, by móc swobodnie patrzeć, sycić się widokiem rzeki, ogarniać wzrokiem horyzont, milczeć i patrzeć. To patrzenie jest dla mnie niebywałym cudem, a zarazem szczególnym obowiązkiem, który usprawiedliwia wszelką rezygnację, a nawet uzasadnia zaniechanie.

Mówisz o patrzeniu i milczeniu, o czynnościach związanych ze zmysłami. Czy obserwując codziennie rzekę, myślisz, że również posiada zmysły, receptory czy inne czujniki tudzież czułki, które pozwalają jej odbierać bodźce zewnętrzne? </p>

Postrzegam rzekę jako silnie określony superorganizm. Rodzaj gigantycznego ciała, które rozlewa się w dolinie, drąży swoje własne korytarze, wypełnia szczeliny, wpełza w drobne przesmyki, by stać się rozlewiskiem.
Ciało zmienne w formie, czasem łagodne i miłe, a czasem nieprzyjazne i złowrogie. Jednak nieustannie żywe, aktywne, ruchliwe, a w swojej zmienności wyjątkowo stałe.
Zupełnie inne każdego dnia.
Rzekę można obserwować, ale można też jej słuchać.
W pierwszych miesiącach zimy nieco pustoszeje, milkną
na chwilę odgłosy ptaków, owadów, pojawiają się charakterystyczne tąpnięcia i szelesty sunącej kry, brył lodu, które płynąc powoli z nurtem, ocierają się o zamarznięte brzegi.
Ta cisza jest chwilowa.
Już w lutym zaczyna się intensywny ruch. Ogromne stada gęsi przemieszczają się, korzystając z rzeki na różne sposoby, a ich całonocne nawoływania za każdym razem wprawiają mnie w zachwyt i zdumienie.

Mimo leżącego gdzieniegdzie śniegu to ptasie krzątanie jest sygnałem wiosny.
Przy niskim poziomie wody rzeka obnaża swoje koryto, odsłania piaszczyste odsypy, łachy powstające w wyniku akumulacji naniesionego materiału, ujawnia połacie nabrzeżnych struktur: kamieni, piasku, gałęzi.

Czasem wypływa jakiś przypadkowy, niespodziewany przedmiot, jak choćby ten czerwony, plastikowy kij bejsbolowy, który znalazłyśmy razem, czy kłoda drewna, którą porwał nurt.

Te znaleziska czekają do następnego podwyższenia poziomu wody i powtórnie zagarnięte przez rzekę wędrują z nią dalej, pokonując kolejne meandry czasu i przestrzeni.
Rzeka daje mi poczucie bezpieczeństwa, wypełnia mój codzienny krajobraz na tyle intensywnie, że muszę traktować ją jak żywy organizm, jak fragment najbliższej

mi rzeczywistości.
Nawet kiedy jej nie widzę, czuję obecność i siłę przesuwającej się nieopodal potężnej, nieposkromionej/nieujarzmionej masy.

A jak zanurkujesz, zagłębisz się? Masz zamknięte czy otwarte oczy? Co widzisz albo co ci znika?

Moje nurkowanie, mam na myśli nurkowanie w rzeczywistość, trwa już dość długo. Zmieniają się jedynie okoliczności, warunki i tryb, jaki wybieram. Staram się, by była to najczęściej teraźniejszość. Czasem zanurzam się w niej z pełną świadomością, z szeroko otwartymi oczami,
a czasem taplam chaotycznie, po omacku, pogrążając się jakbym traciła wzrok. Im głębiej patrzę, tym bardziej znikają obrazy minione.
To, co dotychczas, umyka przed tym, co teraz, a teraz przed tym, co wkrótce.
Widzę, jak ubywa mnie i świata wokół, jakby się zużywał, wyczerpywał i kurczył.
Ta obserwacja jest pozornie smutna i pesymistyczna, jednak noszę ją w sobie i pielęgnuję.
Oswojona staje się moim sprzymierzeńcem, pozwala mi osiągać głęboki spokój, mimo że pejzaż wokół jest dość kapryśny, chimeryczny i niestabilny.
To wszystko, o czym rozmawiamy, jest konstatacją dnia dzisiejszego. Ważne jest, że dokonuję jej w totalnym zachwycie nad tym, co najbliżej, wciąż jeszcze w zasięgu wzroku i wciąż daleko od utraty.

Pięknie mówisz o swojej obecności i płynięciu z prądem „rzeki życia”, a czy zdarza ci się płynąć również pod prąd? Albo co się dzieje, gdy natrafiasz na wiry?

Mam wrażenie, że moja rzeka daje mi dwie równoległe możliwości – mogę nią płynąć pod prąd,
jednocześnie zawsze płynąc z prądem.
Tak chcę ją postrzegać.

To wszystko, co niespodziewanie pojawia się po drodze, zawirowując/zmieniając zasadniczy nurt,
jest w rzeczywistości jego częścią składową, której
nie unikniemy. Potencjalnie może stanowić poważną przeszkodę, ale w rezultacie nią nie jest.

Cokolwiek się wydarzy, przepływ trwa dalej,
paradoksalnie nawet wtedy, gdy wydaje nam się oczywiste, że wszystko powinno stanąć w miejscu,
zatrzymać się, zamrzeć.
Mam tu na myśli sytuacje graniczne, krańcowe,
te, których siła oddziaływania na długo wytrąca nas
z osiągniętej równowagi,
te, które generują niepokój i dręczą.
To, jak będziemy je postrzegać i na nie reagować,
zależy od naszej wrażliwości, doświadczenia,
ale czasem również od presji zewnętrznej.

Wiadomo, że sztuka w swoim terapeutycznym działaniu może pomóc nam w trudnych czasach/chwilach,
jednak bardziej jako przestrzeń kreacji niż manifestacji czy reprezentacji uczuć.

To właśnie kreatywność przeniesiona z obszaru sztuki
do rzeczywistości, czasem trudnej i skomplikowanej,
daje wyjątkowo dobre rezultaty: pomaga przetrwać. Odnoszę to oczywiście do moich osobistych doświadczeń.

Wspominasz o terapeutycznym działaniu swojej (i generalnie) sztuki bardziej w kontekście kreacji niż manifestacji uczuć. A jak byś określiła jej pozycję, stosunek do widza? Przygotowując obecnie wystawę „Znikając”, jakie odczucia, wrażenia czy emocje w nią wpisujesz? W czym pomoże przetrwać i co przeżyć?

Z moich dotychczasowych praktyk i obserwacji wynika,
że relacje z publicznością to dość skomplikowany proces uzależniony od mnóstwa czynników, na które bardzo często nie mamy wpływu. Wielokrotnie przekonałam się, czasem dość boleśnie, że sztuka jest traktowana zdecydowanie marginalnie przez większość społeczeństwa.
Jako działalność, której efekty nie mieszczą się w sferze użyteczności, jest deprecjonowana i spychana na margines rzeczy ważnych.
Mimo to wciąż najbardziej pociągają mnie sytuacje, które tworzą potencjalną możliwość nawiązania relacji bez projektowania efektu końcowego, bez przywiązywania się do myśli, że ten efekt w ogóle musi się pojawić.
Próbując zniwelować dystans, warto pozbyć się złudzeń i nadziei na sukces, raczej zaakceptować fakt, że działania oparte na relacji są nieprzewidywalne, że nie możemy zaplanować ich przebiegu ani rezultatu, że ograniczają

się zazwyczaj do stworzenia przestrzeni przeznaczonej na spotkanie, które może zaistnieć, ale nie musi.
Otwartość i swoboda wydają mi się w takiej sytuacji niezbędne, pomimo delikatnie zarysowanego scenariusza. „Znikając” to wystawa wielowątkowa i dodatkowo nie do końca zamknięta w czasie i przestrzeni.

To, co będzie prezentowane w galerii, jest właściwie namiastką, drobną próbą zakreślenia interesujących mnie aktualnie obszarów, przede wszystkim osobistego zaniechania, które od lat uprawiam nad Wisłą.

Można powiedzieć, że przepadłam nad tą rzeką, że stała się ona moją obsesją, że to miejsce mnie wchłonęło.
Nie jest łatwo przełożyć ten stan i krajobraz, który go generuje, na język wizualny.

Jak zamknąć nieograniczoną przestrzeń ziemi, nieba i wody? Jak pokazać nieustanną zmianę?
Nie umiem tego zrobić, nie znajduję odpowiednich narzędzi. Szukając innych rozwiązań, traktuję wystawę jako oficjalny początek funkcjonowania miejsca, w którym każdy będzie mógł doświadczyć tego, o czym piszę. Być może poddać

się choć na chwilę tej przestrzeni, dać jej i sobie szansę na intymną kolaborację.

Prócz moich wątpliwości, których doświadczam coraz częściej, na wystawie pojawi się mądra, zdystansowana refleksja nad widzialnością w ogóle. A to dzięki pracom czterech artystek, które przyjęły moje zaproszenie do wzięcia w niej udziału.

Jest we mnie silna potrzeba dzielenia się nadwiślańskim krajobrazem, jak również przestrzenią wystawy, lecz trudno mi przewidzieć – i chyba nie chcę tego robić – jaki to przyniesie efekt.
Osobiście już go odczuwam, nawet teraz na etapie planowania i koncepcji, a przede wszystkim w tej rozmowie, która ciągle zmusza mnie do refleksji, a czasem medytacji nad kolejnym użytym słowem.

Poruszyłaś bardzo ciekawy wątek dotyczący widzialności
w kontekście nomen omen znikania i gestu zaproszenia 4 artystek do wzięcia udziału w twojej indywidualnej wystawie. Czy proces znikania zawsze jest dla ciebie związany z widzialnością? Co widzisz w pracach Karoliny Freino, Liliany Piskorskiej, Aleksandry Sojak-Borodo i Natalii Wiśniewskiej, że postanowiłaś podzielić się z nimi Trafo?

„To, co jest i czego nie ma, podąża wspólnie” – ten
krótki fragment z „Tao te king”, czyli Księgi Drogi napisanej prawdopodobnie przez chińskiego mędrca Lao Tsy, w doskonale prosty sposób tłumaczy złożoność/ dychotomiczność towarzyszących nam procesów, można powiedzieć świata w ogóle.

Jest to myśl, którą trudno wytłumaczyć, ale warto ją przyjąć
i zatroszczyć się, aby z nami pozostała, zatrzymać ją, a z pewnością przyniesie dobry skutek.
Widzialność i niewidzialność, znikanie i pojawianie się istnieją razem, są równoważne, choć określają zasadniczo różniące się światy.

Moje znikanie działa na podobnych zasadach, właściwie jest takie samo. Znaczna część dotychczasowych prac opierała się na specyficznej niewidzialność, na przekierowywaniu uwagi z obszaru sztuki w codzienność, na usuwaniu autorstwa,

na oddawaniu pola innym artystom.
Nie będzie więc wielkim zaskoczeniem, że z przestrzeni Trafostacji również częściowo zniknę, ulokowawszy się
w piwnicznych zakamarkach czy też podejmując próbę zniknięcia architektury dolnej sali, wypełniając ją po brzegi materią zapożyczonego tekstu.
Zaprosiłam do wspólnej wystawy artystki, których prace
nie tyle wpisują się w proponowany temat, co znacznie go rozszerzają, przesuwając granice interpretacji.
Wszystkie prezentowane prace, choć powstały wcześniej, odnoszą się do tytułowego „Znikając”.
Karolina Freino w swoim filmie dokumentującym działanie „Katarakta” odwołuje się do pamięci historycznej, konkretnie do niezwykłej historii 5 pomników na katowickim placu Wolności, które zmieniają się wraz ze zmianą władzy. Artystka trafia na moment przejściowy, sytuację pomiędzy, przed wykrystalizowaniem się nowej reprezentacji symbolicznej. Na filmie widzimy pusty cokół, przysłonięty przez autorkę tymczasową kurtyną dymu. To chwilowe zamazanie obrazu umożliwia zniknięcie ostrości i oczywistości w odniesieniu do konkretnego momentu na linii czasu historycznego.
W nieco podobnym obszarze – kontekstu historycznego – mieści się praca Liliany Piskorskiej. Tribute dla Any Mendiety,

czyli „Pole, w którym jestem zakopana”. To wielkoformatowa fotografia przedstawiająca zaorane po horyzont pole.
W tym listopadowym polu jest zakopana artystka. Oszczędny, powściągliwy i niezwykle przejmujący gest w kontekście twórczości Mendiety i jej dramatycznego, przedwcześnie przerwanego życia.

Ta praca przenosi nas również w obszar pewnej nieskończoności, która jest złudzeniem zapisanym w filmie Oli Sojak-Borodo „Palec boży”. To ujęcie kalendarza w aparacie telefonicznym, który przesuwany kciukiem od roku 2017 w ciągu 45 minut przenosi nas do roku 4017. Autorka „daje” nam kolejne dwa tysiące lat.
Ostatnią pracą jest fragment wieloelementowej instalacji „Olbrzymka”, której autorką jest Natalia Wiśniewska. Olbrzymka to Marta, młoda kobieta chora na otyłość olbrzymią, która proponuje artystce współpracę.
Chce wyjść z przestrzeni transparentności, odzyskać swoją widzialność dzięki/przez sztukę.
Zaprosiłam cztery bliskie mi artystki, ale na wystawie obecnych jest znacznie więcej kobiet. Ich widzialność, odzyskiwana czy też tracona, jest przedmiotem, a właściwie podmiotem znacznej części wystawy, i w każdej z prac jest zupełnie inaczej określona.

Do współobecności w przestrzeniach Trafo zaprosiłaś same artystki, w swoich wcześniejszych pracach często akcentujesz właśnie „kobiecy” punkt widzenia, rzeka również jest kobietą... Czy płeć w sztuce jest ważna? Czy wyobrażasz sobie siebie jako artystę? Czy dopuszczasz do siebie taką myśl w swojej praktyce artystycznej? Na ile płeć determinuje twoje wypowiedzi, które jak sama zaznaczyłaś, są ostatecznie uniwersalne w swoim wydźwięku?

Zagadnienia dotyczące płci i jej wpływu na moją twórczość towarzyszą mi właściwie od samego początku.
Zawsze miałam duży problem z klarownymi odpowiedziami na tak sformułowane pytania. Kiedy 20 lat temu zaczynałam pracę nad miniaturowymi obrazkami, właściwie notatkami z codzienności, zebranymi w kilkudziesięcioelementowy cykl „Kiedy Antek śpi”, nie zastanawiałam się nad kwestią własnej płciowości. W naturalny sposób robiłam to,

co do mnie należało, próbując równocześnie oswoić macierzyństwo, zupełnie nowy stan, w jakim się znalazłam. Brak czasu i miejsca na sztukę przeniosłam w maleńkie, uproszczone prace malarskie zaopatrzone tytułami, które opisywały ówczesną kondycję naszej rodziny i codzienną, pozornie nudną rutynę.

Moje realizacje z tamtego okresu nosiły wspólne hasło „Matka Polka prezentuje”. To były akcje stołowe „Przez żołądek do serca”, wymiany siatek/reklamówek jako „Przenoszenie obiektów sztuki” czy wreszcie najbardziej znany cykl „Supermatka” i jego bilboardowa odsłona „Gry domowe”. Później pojawiła się ponadwymiarowa „Kuchnia”, działania w ramach „Pomagania”, pranie i sitka z cyklu „Przypadkowa przyjemność” i długotrwałe działania jak „Nieużytki sztuki”, „Ćwiczenia z zaniechania”, „Partytura na głosy zwierzęce”, wreszcie „Nowe życie” i wszystko, co z nim związane, reanimacja neonu, pokazy w wielu miejscach,

rejs do Berlina.
Ten błyskawiczny skrót pokazuje, jak różnie do tej pory pracowałam, ilu używałam odmiennych środków, form zapisu, w jakich odległych obszarach funkcjonowałam. Teraz, gdy zastanawiam się nad treścią twojego pytania, czuję, że nie istnieje odpowiedź idealna, która w pełni by mnie satysfakcjonowała. Cokolwiek przychodzi mi do głowy jest cząstkowe lub nie pasuje wprost do większości moich działań. Formy reprezentacji, którymi się posługuję, są w znacznej mierze zależne ode mnie, a ja jestem kobietą. Jednak mam konkretne, osobiste doświadczenia, być może zupełnie inne niż reszta kobiet. Czy zatem moja płeć może determinować moją sztukę?

W pewnym sensie tak, ponieważ to ja, jako kobieta, doświadczam różnych stanów i emocji, a wśród nich choćby tych wyjątkowych, związanych z macierzyństwem.
Lecz czy są one w gruncie rzeczy różne od tych, których doświadczają mężczyźni – ojcowie?
Te wątpliwości można mnożyć bez końca, poruszać kolejne warstwy, kolejne sfery i obszary, w których się różnimy, a mimo to nasze doświadczenia i emocje są podobne.
Wobec tego może najlepszą odpowiedzią jest stwierdzenie, że zasadniczym czynnikiem determinującym nasze/moje działania jest nasze/moje doświadczanie życia.
Podobnie jest z pracami zaproszonych artystek, one również są efektem osobistych doświadczeń każdej z nich bez względu lub ze względu na płeć.
Mam wrażenie, że jedno nie wyklucza drugiego...

Przytoczyłaś wiele wcześniejszych prac, które zrealizowałaś w ciągu ostatnich 20 lat swojej praktyki artystycznej.
Czy „Znikając” dotyczy również twojej relacji z wcześniejszą twórczością? Czy ta relacja, wasze więzi rozluźniają się, zacierają? Jaki masz stosunek do swoich wcześniejszych

dzieł - czy moment ukończenia jest jednocześnie chwilą „mentalnego rozstania”?

Ze sztuką jest trochę podobnie jak ze wspomnianym wcześniej macierzyństwem. Pojawia się nagle i wywraca wcześniej ustalony porządek, absorbuje myśli, uczucia
i naszą aktywność. Całą resztę na jakiś czas rzucasz w
kąt, koncentrując się jedynie na tym, co może ci pomóc
w realizacji pracy. Wchodzisz w tryb absolutnego podporządkowania i dopiero kiedy pomysł/koncept zaczyna się ukonkretniać/realizować, wyrywasz strzępy czasu dla siebie, wracasz do siebie.

Później w naturalny sposób rozstajesz się ze swoją pracą, przekazujesz ją w ręce odbiorcy, dając jej tym samym wolność, i z zaciekawieniem, z pewnego oddalenia obserwujesz.

Każdy z tych etapów jest równie intrygujący, począwszy od koncepcji przez adaptację, realizację aż do „wypuszczenia w świat”.

Najbardziej cieszą mnie prace/sytuacje, które żyją znacznie dłużej niż zakładałam, te, które po latach w zaskakujący sposób do mnie wracają, w postaci wspomnień spotkanych osób lub przytaczane w tekstach, do których przypadkowo docieram. Ważne są również te działania/koncepcje,

które znacząco wpływają na inne osoby, powodując
niekiedy nieco głębszą refleksję lub powracając w formie emocjonalnych reminiscencji.
Bywa, że wracam do prac, które były szczególnie trudne w realizacji, które wymagały skomplikowanej, akrobatycznej logistyki, uruchomiły mnóstwo wątpliwości bądź interpretuję je jako rodzaj porażki.
Tak naprawdę chyba nigdy nie rozstaję się moimi pracami/ działaniami/sytuacjami, stają się niekiedy odległymi w czasie, ale bardzo bliskimi mentalnie wspomnieniami.

Przy tej okazji chciałabym zapytać o twoją metodę pracy. Podejrzewam, że zmienia się w zależności od tematu i medium, z jakim pracujesz, momentu w życiu/ doświadczeniu, skali, czasu i wielu innych czynników. Może skupmy się na „Znikając”.

Jak uchwycić i zmaterializować coś, co znika?

O ile posługuję się jakąś metodą, to oczywiście masz rację, przypuszczając że zmienia się ona w zależności od wszystkich wymienionych przez ciebie czynników.
Pracując w odniesieniu do konkretnego miejsca,

w określonym czasie, szukam interesujących mnie śladów. Bywa, że są trudne do wytropienia lub jest ich tak wiele, że podejmuję decyzję, by je porzucić i zająć zupełnie inne stanowisko.

„Znikając” w Trafo również zaczęło się, jak pamiętasz, od penetracji wątków historycznych. Jednak ich nagromadzenie, intrygujące zróżnicowanie i zmienność wymagają znacznie dłuższego namysłu. Dlatego zdecydowałam się użyć w

tytule tak wieloznacznego określenia, by pomieściło, chociaż symbolicznie, cały ten wielowiekowy bagaż, by wskazało na zmianę, która bezpośrednio wynika/zależy od znikania, od zacierania jednej struktury, jednego bytu/obrazu na rzecz pojawiającej się, kolejnej, zupełnie nowej formy.

Pytasz, jak uchwycić i zmaterializować coś, co znika.
Nie wiem, ale wierzę, że sztuka, oprócz skonkretyzowanych ujawnień, jest również przestrzenią symboliczną, która uwalnia obszary pozamaterialne. I chyba w tych obszarach należy szukać odpowiedzi na twoje pytanie. Pamiętając,
że w tym szczególnym przypadku nie chodzi o samo znikanie, ale również, a może głównie o wszystko, co dzieje się równocześnie (odpowiedź na 1 pytanie), to wszystko,
co wypełnia naszą codzienność. Z tych elementów jest zbudowana wystawa.
Trwając w znikaniu jesteśmy przecież nieustannie aktywni, działamy, pracujemy, żyjemy, zapominając częściowo o czasie, którego nam dzień po dniu ubywa.
To moje znikając jest też po części osobistą zgodą na ten wspomniany upływ czasu, na odchodzenie, którego nie da się wykluczyć, zatrzymać, które można jedynie zaakceptować.

Bardzo ważną częścią wystawy „Znikając” jest również projekt rezydencyjny, który chcesz powołać i uruchomić w drugiej połowie roku. Co jest takiego wyjątkowego w tym miejscu, gdzie mieszkasz, że chcesz się nim podzielić z innymi artystami? Czym 788 km Wisły różni się od pozostałych?

Uruchomienie projektu rezydencyjnego będzie dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem, które chciałam podjąć już kilkanaście lat temu, kiedy po raz pierwszy trafiłam w to miejsce.

Jego wyjątkowość opiera się na otaczającym krajobrazie, otwartej, a właściwie nieograniczonej przestrzeni wokół, która absorbuje i zniewala.
788 km Wisły to fragment Parku Krajobrazowego Doliny Dolnej Wisły, rozciągającego się na obszarze ponad

30 tysięcy hektarów.
Najważniejsza jest tu rzeka, która płynie dość leniwie szerokim korytem, dzieląc pejzaż i określając symbolicznie granicę. Ten horyzontalny układ wyznaczony przez Wisłę ma kontynuację w rozległych łąkach i polach uprawnych rozciągających się po drugiej stronie, które dalej zmieniają się w łagodne, porośnięte lasami wzgórza.
A wszystko zamknięte prawie idealnie poziomą linią widnokręgu.

Mając możliwość tak bliskiego i nieustannego kontaktu
z naturą, masz szansę zrewidować wiele rzeczy, wejrzeć głębiej, wniknąć do środka, lub po prostu trwać w tej sytuacji, której istota opiera się na potencjalności.
Stwarzanie takich okoliczności, zwłaszcza w tych konkretnych warunkach, bardzo mnie aktualnie interesuje.
Może być to również sposobność do ewentualnej współpracy na różnych poziomach, której nie wykluczam.
Kilka prac prezentowanych w Trafo powstało właśnie w kontekście tego nadwiślańskiego miejsca, które jak już wcześniej wspominałam, wypełnia intensywnie moją rzeczywistość. W tej sytuacji zainicjowanie projektu rezydencyjnego wydaje mi się jak najbardziej uzasadnione, choć nie mam szczegółowej wizji, co z tego powstanie. Myślę, że ten pierwszy, eksperymentalny rok dużo wyjaśni.